Karetki pogotowia PDF Drukuj Email
Moja Mała Ojczyzna - Adam Ejnik. Żuromin - moje Miasto
Wpisany przez Adam Ejnik   
środa, 11 lutego 2009 13:13

 Karetki pogotowiaSprawa karetek pogotowia jest w naszym mieście niezwykle aktualna. Wychodzę więc naprzeciw Czytelnikom i chcąc być na czasie, przypomnę, jak to z karetkami było 50 lat temu. Pół wieku temu kierowcy posługiwali się karetkami pochodzącymi z demobilu. Były to auta amerykańskiej firmy Dodge.
 

Amerykańskie Dodge, jak relacjonuje Wiesław Marciniak (jeden z dwóch pierwszych kierowców pogotowia – obok Stanisława Bogdańskiego) uczestniczyły w działaniach wojennych. Przejechały od Stalingradu do Berlina. Choć były to samochody solidne, często okazywały się zawodne. Kierowcy i mechanicy borykali się z wieloma problemami. Najtrudniej było zimą, gdyż samochody te chłodzone wodą często trudno było uruchomić. Karetki ponadto nie miały ogrzewania, więc podstawowym narzędziem lekarza, który wówczas jechał do pacjenta była szmatka nasączona solą. Tą szmatką doktor przecierał szybę, by usunąć osadzający się na niej szron. Zimno dokuczało też pacjentom: na wyposażeniu każdej karetki było pięć koców, to nimi przykrywano przewożone osoby, by nie zmarzły. Dodatkowym problemem była zimowa aura – zaśnieżone drogi sprawiały kierowcom wiele kłopotów. Bywało tak, że lekarz, któremu udało się jakoś dojechać do pacjenta, zostawał we wsi na noc, gdy śnieg zasypał drogę powrotną. Podobne problemy rozpoczynały się w porach pluchy.

 

Na naszych bagnistych terenach były tylko cztery bite drogi: do Sierpca, Mławy, Rypina i Lidzbarka. Pozostałe często były nieprzejezdne. Pan Marciniak wspomina, że nie raz wyciągano go z błota, zaprzęgając do karetki konie. Szczególne kłopoty spotykały kierowców we wsi Siemcichy – tam skupowano buraki, więc i drogi były wyjątkowo rozjeżdżone. Warto dodać, że pierwsze karetki nie były wyposażone w żadne radiostacje. Niezwykle utrudniało to prace. Samochody często pokonywały tę samą trasę, kilka razy dziennie. Lekarze wiele godzin spędzali w drodze, kiedy mogliby w tym czasie ratować ludzkie życie.

 

Praca w terenie wiązała się również z wieloma anegdotami. Początkowo samochód pogotowia wzbudzał powszechny strach. Jak wspomina pan Marciniak, ludzie potrafili uciekać przed karetką w pola, porzucając wszystko, co mieli ze sobą. – Nie było kogo spytać o drogę – mówi emerytowany kierowca. W późniejszych czasach karetki stały się atrakcją, szczególnie dla dzieci. Młodzi ludzie chowali się często za samochodami, by później, jak auta ruszały, stawać na ich tylnych stopniach, żeby móc choć kawałek przewieźć się samochodem. - Te zabawy były niebezpieczne – wspomina pan Marciniak – dlatego prowadziliśmy ciągłą wojnę z dzieciakami. Doszło do tego, że do karoserii podłączaliśmy takie brzęczki, przez co każdy, kto dotknął samochodu, był porażony lekkim prądem. To był skuteczny sposób na dzieciarnię.

 

Jak widać, praca kierowcy nie była łatwa. Kiedy dodamy, że jedna zmiana trwała 12 godzin, będziemy mogli wyobrazić sobie, jak trudno ratować było ludzkie życie. - Ludzie też nie zawsze zachowywali się odpowiedzialnie – dodaje pani Maria Zalewska – pamiętam, jak kiedyś człowiek wezwał karetkę do chorego dziecka do Poniatowa. Okazało się, że nie było żadnego chorego dziecka, tylko pijany mężczyzna próbował dostać sie do domu i wpadł na pomysł, że jak lekarz przyjedzie, to żona drzwi otworzy.

 

Na zdjęciu widzimy amerykańskiego Dodge’a, przy który stoją pan Marciniak i pan Bogdański.